SKĄD PRZYCHODZIMY?

Większość polskich firm kominkowych nie może, niestety, pochwalić się wielopokoleniową ciągłością i tradycjami, na jakie powołują się koledzy z innych europejskich krajów. Takie tradycje niewątpliwie były, a dokumentują je m.in. wyprawy Świata Kominków w poszukiwaniu zabytkowych obiektów. Jednak w latach 1939-1945 zniszczonych zostało tysiące budynków mieszkalnych, dużych firm produkcyjnych i małych zakładów rzemieślniczych. W czasie działań wojennych oraz w planowej eksterminacji straciło życie kilka milionów Polaków. Ofiarami, jak to się teraz mówi ,,nazistów”, a nie da się ukryć, że byli to przodkowie dzisiejszych naszych ,,nauczycieli” zduństwa z Niemiec i Austrii, stali się producenci, rzemieślnicy, jak i ich klienci.

Po nastaniu komuny ci, którzy przeżyli, zostali pozbawieni swoich majątków, kamienic, willi i dworów, a producenci, sprzedawcy i rzemieślnicy szybko trafili na listy ,,podejrzanych prywaciarzy”. Kominek stał się zaś oznaką ściganego z urzędu zbytku i luksusu. Reszty dopełniły całkiem już pokojowe zmiany w zakresie technik ogrzewania. Pojawiły się elektrociepłownie, centralne ogrzewania i tani węgiel ze Śląska. W nowych domach nie było już miejsca dla pieca, w budynkach modernizowanych piece były masowo wyburzane, a jedynie starsze i zaniedbane dzielnice miast oraz tereny wiejskie zostały ich miejscem schronienia – niestety, tych z najniższej półki cenowej. Kominki budowane w modnych swego czasu domkach letnich na ogół też nie prezentowały wysokich lotów, ot kilka zlepionych przez przypadkowego murarza cegieł. Resztki stylowych kominków i wartościowe piece, o ile nie zostały wcześniej rozkradzione, znalazły jeszcze schronienie w obiektach muzealnych. Dopiero rok 1989 oraz wolny rynek spowodowały, że pojawiać się zaczęli ponownie amatorzy kominków wyższej klasy. W ciągu kilku lat kominek stał się bardzo modnym i pożądanym elementem wnętrza oraz awansował do roli dostawcy taniego ciepła.

W pierwszych latach wolności gospodarczej (1990-1995) powstało w Polsce od podstaw wiele firm kominkowych, inne – działające dotąd niemal w ukryciu – ujawniły i poszerzyły swoją działalność.

Odkurzono  kilka kaflarni i odlewni ,,z tradycjami”, ostatnich, jakie jakimś cudem przetrwały wojnę i komunę. Założyciele firm kominkowych z lat 90-tych nie byli rzemieślnikami z ,,papierami”, ale też rzemieślnicze struktury nie uczestniczyły aktywnie w przemianach gospodarczych, bo same zostały nimi zaskoczone.

Trzeba wyraźnie powiedzieć, że nowoczesną branżę kominkową w Polsce stworzyli głównie zapaleńcy i hobbyści. Można tutaj znaleźć różne zawody i bardzo ciekawe życiorysy, a wszystkich łączyła chęć robienia czegoś nowego i ciekawego. Pieniądze, jeśli się pojawiły, były dopiero efektem wtórnym, bo najpierw trzeba było je wyłożyć z własnych oszczędności. No i nauczyć ludzi, że te żeliwne skrzynki faktycznie grzeją, a ogień oglądany przez szybę jest nieraz wart wydania równowartości upragnionego „malucha”. Kolejna grupa kominkarzy to już albo „uciekinierzy” z wyżej wspomnianych firm (usamodzielnieni wspólnicy, byli pracownicy i współpracownicy), albo ludzie, którzy w budowie kominków dopatrzyli się możliwości pracy i zarabiania pieniędzy. Z pewnością było im już łatwiej, bo rynek był uświadomiony przez pionierów branży, a z każdym rokiem było też łatwiej rozpocząć własną działalność gospodarczą.

Lata 2003-2005 to czas, gdy powstawały w całej Polsce tysiące nowych domów, a w niemal każdym z nich budowany był kominek.

Kominkowa oferta znacznie poszerzyła się po wejściu Polski do Unii Europejskiej. Od tej chwili niemal każdego tygodnia pojawiały się na rynku nowe produkty, nowi importerzy, kolejni dystrybutorzy…

Grupka kilkunastu osób stwierdziła, że jest w stanie uruchomić w polskich warunkach produkcję wkładów kominkowych. Tym sposobem dorobiliśmy się w Polsce niezwykle licznej i różnorodnej branży kominkowej.

KIM JESTEŚMY?

Wśród europejskich krajów polska branża kominkowo-zduńska z pewnością wyróżnia się wielkością i niezwykłą różnorodnością.

Tysiąc, półtora tysiąca, a może nawet dwa tysiące firm – na tyle można w wielkim przybliżeniu oszacować polski rynek kominkowy. Są to producenci wkładów i pieców, kamieniarze wykonujący metodami półprzemysłowymi obudowy, kaflarnie, ale też malutkie jedno-, dwuosobowe firmy wykonawcze. Czasami w przerwach między układaniem kostki budują kominki. Innym razem w przerwach pomiędzy kominkami wykonują gipsowe zabudowy. Jest tutaj i dogłębna wiedza, zdobywana latami, i nowicjusze, którzy właśnie wczoraj budowę kominków dopisali do swoich wizytówek.

Ile faktycznie jest w Polsce firm kominkowych – nikt nie wie. Nie wiadomo też, ilu ludzi jest zatrudnionych, jaką wartość ma ich praca i ile podatków płacą. Nikt o tym nie chce mówić, a wszelkie liczby są szacunkowe, z wielkim prawdopodobieństwem błędu. Kiedyś nawet myślałem o takim corocznym raporcie o rynku przygotowywanym przez nas dla firm, ale szybko uśmiałem się z tego szalonego pomysłu.

Nie ma co ukrywać, że wiele pomiędzy firmami kominkowymi jest nieporozumień, zadrażnień, zawiści. Nic w tym dziwnego, bo jak wspomniałem, wiele z nich powstało w wyniku rozpadu starszych stażem firm, ucieczki pracowników… Trudno o przyjaźń, gdy odchodząc ,,na swoje”, zabiera się gratisowo wiedzę i kontakty wspólnika lub pracodawcy. Trudno o dobre relacje, gdy po drugiej stronie ulicy oferuje się ten sam produkt o 10% taniej niż dotychczasowy partner. Kiedyś zanim rzemieślnik usamodzielnił się, przez kilka lat odpracowywał swoje zobowiązania u mistrza, a potem szukał wolnego terenu do swej działalności i zwykle żyli w zgodzie. Dzisiaj mamy wolność pod każdym względem, więc często i etyka nie obowiązuje tam, gdzie liczy się kasa.

Mamy w Polsce niechęć do działań społecznych, ale jakimś cudem powstała organizacja branżowa – Ogólnopolskie Stowarzyszenie Kominki Polskie, które wkrótce będzie świętować swoje 10-lecie. Liczba członków OSKP (około 100) i skala działalności wcale nie odzwierciedlają faktycznego potencjału polskiej branży kominkowej. Przynależność do europejskiego stowarzyszenia VEUKO, chociaż cenna, jest i tak o kilka lat spóźniona. Zduńskie świadectwa mistrzowskie i czeladnicze, jakie pojawiły się od dwóch lat, tylko i wyłącznie potwierdzają na papierze wcześniej zdobyte umiejętności u osób, które i tak już setki zbudowanych kominków i pieców mają za sobą. I wcale nie robiły tego nielegalnie, bo świadectwo mistrzowskie do budowy kominków nie jest w Polsce wymagane i prawdopodobnie już nie będzie, bo wszystko zmierza w kierunku ułatwienia dostępności do większości zawodów.

Wprawdzie zwiększa się zainteresowanie bardziej wyrafinowanymi technikami zduńskimi czy techniką wodną, ale zainteresowanie – to raz, a możliwości finansowe Polaków – to dwa. No i nie wiadomo do końca, czy jest to ruch ,,oddolny”, więc nie ma co sobie obiecywać, że stworzy to tysiące nowych miejsc pracy.

DOKĄD ZMIERZAMY?

Wielka ilość firm wykonujących kominki i niepowtarzalne w skali europejskiej ich rozdrobnienie, które w latach boomu budowlanego było korzystne, teraz, gdy spada ilość budowanych domów, okazuje się być problematyczne. Już dzisiaj wiele firm kominkowych ma poważne problemy i nie wynikają one z braku umiejętności czy niedostatku wyrobów typu wkłady bądź kafle. Wprawdzie niektórzy mówią, że jest OK. Inni, że nawet lepiej i potwierdzają to zakupem kosztownych samochodów. Jednak coraz częściej słyszę opinie o wyraźnie pogarszającej się opłacalności działalności w branży kominkowej.

Z całą pewnością problem nie leży w ofercie, bo to, co można aktualnie kupić w Polsce z importu i krajowej produkcji, jest chyba najbogatszą propozycją w Europie. Średnio też wykonawcy reprezentują może nie najwyższy, ale dobry poziom europejski, a zapowiadana ilość szkoleń z pewnością wpłynie jeszcze na jego podniesienie. Gdzie jest więc prawda?

Problem nr 1

Niekorzystne jest znaczne rozdrobnienie firm, których jest w Polsce więcej niż w bogatszych i większych Niemczech. Producenci i importerzy tak bardzo chcieli zwiększyć sprzedaż, że rozdmuchali system dystrybucji ponad miarę, dając niemal każdemu swoje produkty.

Dla producenta i importera dzisiaj różnicy nie ma, ale to, czy 10 sztuk sprzedają dwie zadowolone z obrotów firmy czy po jednej sztuce sprzedaje 10 niezadowolonych firemek, już pokazuje różnicę. Interes handlowca, sprzedawcy urządzeń kominkowych rozmija się też z interesem mikrowykonawcy, który chce zaoferować klientowi jak najwięcej swojej robocizny. Mikroprzedstawicielstwa nie pokażą też najnowszych propozycji potencjalnym klientom (za co?), więc za rok, dwa problem wróci rykoszetem do prawdziwych sprawców ,,przeludnienia”. Jednak trudno mówić o ,,przeludnieniu” w sensie potencjalnych klientów firm kominkowych. Ostatnio przeczytałem, że w sześciu polskich województwach (ślaskie, łódzkie, opolskie, lubelskie, świętokrzyskie, podlaskie) w ostatnich latach ubyło mieszkańców. Według prognoz GUS w kolejnych latach problem dotyczyć będzie następnych województw. Według GUS do roku 2035 tylko województwo mazowieckie będzie miało więcej mieszkańców. Czy za parę lat wszyscy będą budowali kominki wokół Warszawy?

Problem nr 2

Jak wspomniałem wyżej, chociaż ilość firm kominkowych jest duża, zatrudniają one pracowników, kreują przychody i płacą podatki, to nie przekłada się to nijak na ich ,,siłę”. Jako lobby kominkarze praktycznie nie istnieją. Trudno mówić o OSKP jako ,,grupie nacisku”, jeśli nie może nawet na swoich członków „nacisnąć”, by zebrać połowę? W Niemczech istnieje kilka organizacji reprezentujących wykonawców, producentów urządzeń i paliw. Podobnie jest w Austrii czy we Włoszech. Może teraz, gdy OSKP zostało przyjęte do europejskiego stowarzyszenia VEUKO, będzie gdzie podpatrzeć metody pracy społecznej oraz łatwiej przekonać wątpiących.

Bez liczącej się reprezentacji branży wszystkie interesujące nas sprawy będą załatwiane poza nami, a często bez uwzględnienia naszych interesów.

Problem nr 3

Dzisiaj może jeszcze to jakoś ujdzie, ale już jutro okazać się może, że samo bierne czekanie na klienta to za mało. Promocja kominka i pieca jako źródła ekologicznego i bezpiecznego ciepła oraz przyjemności dla domowników staje się z roku na rok niezwykle potrzebna. Organizacje branżowe w Niemczech czy Austrii już od dawna organizują całe kampanie informacyjne dla potencjalnych klientów. Pierwsza taka kampania w Austrii miała miejsce już w roku… 1955! Wielkie bilbordy, spoty w telewizji i radio, udział w targach, kolorowe koszulki i ulotki oraz strony internetowe.

Wszędzie można zobaczyć, jak ekonomicznie i przyjemnie jest ogrzewać drewnem i peletami. Nie chodzi tutaj o reklamę firmy X czy produktu A firmy Y, ale o promocję kominkowego ognia i piecowego ciepła, finansowaną wspólnie przez konkurujące ze sobą firmy X i Y. Najpierw jednak trzeba upiec kominkowy tort, by móc go potem dzielić.

Póki co, kominki w Polsce promują się niemal same, bo przez skromność nie wspominam o 100 tysiącach egzemplarzy Świata Kominków, jakie trafiają co roku do polskich domów. Rok temu w Nałęczowie czołowym polskim firmom kominkowym przekazaliśmy propozycję planowej, wspólnej i szerokiej promocji kominków. Do dzisiaj nie doczekaliśmy się reakcji.

Rozumiem, że wspólne działanie branży nie jest proste, bo najpierw trzeba próbować załatwić kilka ,,zaległych” spraw, o których wspomniałem wyżej. Rozumiem też, że są takie problemy, na których uregulowanie jest już dzisiaj za późno. Tym niemniej próbować trzeba.

Ale najpierw warto sobie zadać pytania Paula Gauguina: Skąd przychodzimy? Kim jesteśmy? Dokąd zmierzamy?

Witold Hawajski

Od autora: tekst pochodzi z numeru 3 z roku 2012 i jest opublikowany BEZ ZMIAN. Warto spojrzeć na niego z dystansem, bo mamy koniec roku 2022, ale pytania zadane w tytule wydają się być wciąż aktualne… A może jednak coś się zmieniło?